niedziela, 22 lutego 2015

{spring is coming, finally}






płaszcz, bluzka, szal | coat, blouse, scarf - Zara
spodnie | trousers - Mohito
torba | bag - O bag
adidasy | sneakers - New Balance 
okulary | sunglasses - Ray Ban

sobota, 14 lutego 2015

{50 twarzy Greya}

Tak Proszę Państwa, nadszedł ten dzień - 14 lutego. Szczerze przeze mnie znienawidzony, który najchętniej spędziłabym nie wychodząc z łóżka. I chyba mi się to nawet uda, biorąc pod uwagę że szczęśliwie w tym roku Dzień Zakochanych przypada w sobotę. 

A co się robi w Walentynki? 
Je kolacje i chodzi do kina. 
Scenariusz tak prosty i łopatologiczny, że aż boli. 
I tak prawdziwy.
To też boli. 
Unikając więc tłumów celebrujących ten dzień, lub "romantycznych, pierwszych" randek, do kina poszliśmy wczoraj. Decyzja na co została podjęła kilka godzin wcześniej. W pracy. Telefon, mój chłopak, i pytanie czy idziemy?, no można by..., ale na co?, na"Teorię wszystkiego"?, o tak tak, ale słuchaj dziś wchodzi "Grey"... I tu nastąpiła konsternacja. Moja. Bo książkę tak skutecznie mi obrzydzono, że stwierdziłam, że chłamu nie wezmę nawet do ręki, co dopiero z czytaniem... Film zaczęli kręcić, a już go o okrzyknięto gniotem roku. I jeszcze data premiery. Walentynki. CO-ZA-BA-NAŁ.
W telefonie cisza. Decyzja należy do mnie... No dobra. Raz kozie śmierć.Idziemy.

Na pięć godzin przed seansem najlepsze bilety dostępne były w czwartym rzędzie. Niestety, okazało się że Walentynki w tym roku zaczęły się już 13 lutego i nie uda się ominąć całej celebracji, pierwszorandkowiczów, poodstawianych dziewczyn w szpilach, facetów z różami, i hostessy przebranej za policjantkę, zapraszającą do "Radaru Miłości".
- Przepraszam, czego?
- "Radaru Miłości". Zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie.
Pamiątkowe zdjęcie z wyjścia do kina na "50 twarzy Greya". Chyba jednak podziękuje.

Uzbrojona w dwa opakowania nachosów z sosem serowym, z czego jedno w wersji powiększonej, z dużym Spritem (cały tydzień wyrzeczeń, jedzenia serków light i ciemnego pieczywa, żeby zaprzepaścić to jednym wyjściem do kina. Witajcie w moim świecie.), zaczynam oglądać film. Tzn. najpierw 20 minut reklam, potem 15 minut zwiastunów filmów na 2017 rok... I w końcu film...

Jamie Dornan, jako Christian Grey od początku mi się nie widział. O Dakocie Johnson nie miałam wyrobionego zdania. Może dlatego, że to w końcu Grey gra tu pierwsze skrzypce i to on ma tu być gwiazdą programu. Z drugiej strony, z tego co słyszałam, sama autorka książki nie precyzowała dokładnie wyglądu głównego bohatera, dając pole do popisu wyobraźni. Doszłam więc do wniosku, że Dornan to może po prostu nie mój typ.

Nie ukrywam, że kompletnie nie wiedziałam czego mam się spodziewać, choć przygotowana byłam na coś pokroju soft porno, które można będzie oficjalnie obejrzeć w kinie, z chłopakiem, a nawet licealną młodzieżą. Pierwsze trzy minuty filmu - nic. Siedzą i gadają w tym wyidealizowanym gabinecie prezesa Greya na ostatnim piętrze wieżowca. Jest trochę sztywno, trochę drewniano... Dziwnie. Johnson, jako Anastasia Steel, wygląda aż nienaturalnie grzecznie. Dornan od razu uderza w romantyczne nuty pod hasłem "powiec co ty chciałabyś o mnie wiedzieć"... Ale przebrnęłam przez te pierwsze minuty i tu się zaczyna rozkręcać. Anastasia Steel przestaje się jawić jako typowe "ciele-mele", klasyczna szara mysza, a zaczyna mieć przyjemne poczucie humoru, zabawne reakcje i skojarzenia. Nie jest demonem seksu, ale na ekranie zaczynam ją lubić. Bałam się, że Dakota to będzie drugą Kristen Stewart w "Zmierzchu". Ale nie... Mówiąc dobitnie - daje radę. 

Mijają kolejne minuty, a seksu ani widu ani słychu... Etap poznawania, drogich prezentów, księcia z bajki, który przewiduje twoje potrzeby, pragnienia, zaskakuje cię nagłym pojawianiem się... Ach, i przypomnijmy, że ten 28 - letni książę jest milionerem, prowadzi międzynarodową firmę, codziennie rano uprawia jogging i zawsze perfekcyjnie wygląda. Nawet jak jest spocony po tym joggingu. I przy tym wszystkim zwraca uwagę na tę niepozorną Ane. Tu zaczynam dostrzegać pewne styczności z "Pokojówką na Manhattanie", "Pretty Women" i, co najgorsze, "Zmierzchem". Tak samo nierealne jest spotkanie wilkołaka wampira, co takiego "księcia". I ta gra na fortepianie... I teksty "jak to się we mnie zakochałaś?! nie możesz tego zrobić!"... Bleeee.

Dobra, ale tyle z minusów. Teraz plusy. 
Przede wszystkim Dakota, Dakota, Dakota. Osobiście uważam, że podniosła ten film, że była naturalna, spontaniczna, świetna. Słyszałam, że za mało seksowna.... Hmmm, może po prostu normalna? Bez silikonu, bez botoksu... Na marginesie przypominam, że to nie miało być porno.
To samo się tyczy scen seksu. Bawią mnie komentarze, że były tak nudne, że nie można było się w żaden sposób podniecić... Przepraszam, ale oglądamy ten film w kinie. Wolałabym żeby nikt na moich oczach się nie podniecał. 
Sceny wg mnie zrobione były nieźle. Było pokazane wiele, nagie ciała, pośladki, sutki, no wszystko... Ale w ładnej oprawie, przy dobrej muzyce. To wszystko budowało atmosferę tych scen, jakiegoś erotyzmu, może momentami nawet romantyzmu.Osobiście przeraził mnie trochę Pokój Zabaw Greya, ale to wokół tej sfery jego życia toczy się cała akcja filmu. Myślałam, że seks tych dwojga będzie pokazany jako prawdziwe sado-maso, jako wulgarny, z pokazaniem kobiety w instrumentalny sposób. Tak nie było. Moim zdaniem, łatwo było sprowadzić ten film tylko do ordynarnych zabaw, pejczowania, kajdanek, i mówiąc wprost, bez ogródek, i cenzury - dymania. Być może banalność tej historii miała na celu przykuć uwagę mas właśnie nie tylko do samego seksu. Może okazało się, że ciągle w głębi serc jesteśmy wrażliwi na bajkowe melodramaty? Skoro wyrośliśmy już z Disney'a, znaleźliśmy sobie coś bardziej aktualnego.

Ten film jest komercyjną papką. Z lokowaniem produktów marki Appla i Audi. Świetnie oddający charakter dzisiejszego dnia. Ale to jest trochę jak z tymi nachosami. Można zjeść jedno opakowanie, bez szkody, i większych wyrzutów. Przecież każdy z nas to lubi. Przy drugim zaczyna już mdlić, bo przecież ileż można...